<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Takova uz je doba">
<author_1="Jerzy Jurandot">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="9">
<date="1954-09-05">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Mówi się często: na drugi dzień czułem się jak u siebie w domu. Co niekoniecznie znaczy, że łaziłem rozmemłany, człapiąc pantoflami, że wszystko mnie denerwowało i ja wszystkich. Zwrot ten należy rozumieć w sensie jak najbardziej pozytywnym, niejako idealnym. W Pradze na drugi dzień czułem się jak u siebie w domu właśnie w tym najbardziej idealnym sensie Takie to już miasto. Wiem, że w tym miejscu należałoby w wyczerpującym opisie oddać urok starych uliczek, piękno kąpiących się w Wełtawie ogrodów, dostojny wdzięk Hradczyna, Wyszehradu itd. itd. Ale inni przede mną zrobili to już lepiej kilka tysięcy razy. Powiem krótko: jeszcze nie wyjechałem z Pragi, a już miałem ochotę być tu z powrotem. W ogóle ładny kraj ta Czechosłowacja. Niedaleko od Pragi pokazano mi dość zabawną górę, ni z tego ni z owego wyrastającą w środku równiny i kształtem nieco przypominającą odwrócony dnem do góry garnek. Mój miły przewodnik — aj, jacy oni tam wszyscy byli dla mnie mili! — otóż mój miły przewodnik zaklinał się, że ze szczytu tej to właśnie góry wyruszyli ongiś w trzy strony świata legendarni bracia Lech,Czech i Rus. Pomyślałem sobie, że ten środkowy brat, nie był pozbawiony dużej dozy życiowej mądrości: nie szukał daleko, nie zmęczył się chodzeniem, a kraj sobie przyuważył — jak mówi Wiech — na medal Potomkowie starego Czecha wprawdzie trochę narzekają, że przodek nie pomyślał o kawałku morza, które i w gospodarstwie by się bardzo przydało i z którego latem mnóstwo uciechy dla dorosłych i dzieci — ale to naturalna kolej rzeczy, że młode pokolenie ma zawsze do starszych jakieś pretensje.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
